Trasa koncertowa "What Lies Within Tour"
W linii prostej do klubu studio w Krakowie mam tyle samo km co do PreZero Areny w Gliwicach, ale w tym drugim przypadku jak wskoczę na drogę szybkiego ruchu do raz dwa jestem na miejscu i nie muszę się martwić o zaparkowanie samochodu, bo w moim "sekretnym" i darmowym miejscu zawsze mi się tu udaje. Mój trzeci styczniowy koncert idealnie się wpasował w plan zobaczenia kolejnych artystów na żywo, których jeszcze nie widziałem czyli Alter Bridge, Daughtry oraz Sevendust.
No może nie tak do końca - bo wokalistą Alter Bridge jest Myles Kennedy, który śpiewa również w zespole Slasha, a gitarzystą Mark Tremonti - który ma również swój zespół metalowy o nazwie jak nazwisko. Obydwu Panów widziałem na osobnych koncertach w Arenie ale tej krakowskiej. Teraz w końcu razem.
Muszę przyznać się do sporej nieznajomości tematu. wszystkie wymienione wyżej zespoły to weterani sceny i gatunku określanego szerokim pojęciem alternatywnego metalu. Nie załapałem się na niego za bardzo kiedy był u szczytu popularności i fanem wielkim nie byłem. A że z tej trójki to głównie Alter Bridge był grany w radiu, a Myles ma niezwykle charakterystyczny głos to powiedzmy, że kilka hitów tego wieczoru nie było mi obcych, szczególnie, że mam na CD ich pierwsze cztery płyty.
Ale może po kolei. Wszystko zaczęło się punktualnie o 19-tej i od półgodzinnego setu Sevendust. Jak gdzieś wcześniej przeczytałem ciemnoskóry wokalista Lajon Witherspoon był inspiracja dla wielu muzyków z zespołów Staind, Seether czy... Alter Bridge, a teraz o ironio - jest pierwszym suportem. No ale cóż - tak już bywa. No nie znałem ani jednego kawałka. Wszystko utrzymane raczej w średnim tempie, ale z głębokim gitarowym groovem, trochę przemów ze strony wokalisty, tylko sześć numerów, w tym jeden premierowy, który będzie na nowej płycie zespołu. No niestety nie zapadł mi w pamięci żaden z kawałków.
Jako drudzy Daughtry - to od nazwiska wokalisty, którym jest Chris Daughtry. No teoretycznie nie znam zespołu, ale praktycznie okazało się, że dwie piosenki są znajome, a były to: cover Journey "Separate Ways" oraz zagrana tuż po nim ballada "It's Not Over" - którą też znam z radia. I właściwie od tego momentu do końca było już balladowo albo akustycznie "Home". Wszystko ładnie, tylko mam wrażenie, że atmosfera trochę siadła. Z perspektywy trybun, cała publiczność stała nieruchawo na płycie. Daughtry zagrali 11 piosenek i zajęło im to 50 minut.
Kwadrans po 21 przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Alter Bridge wydali właśnie swoją nową płytę i od piosenki "Silent Divide", która z niej pochodzi rozpoczęli swój 1,5h występ. Mocny początek, po chwili chyba najszybszy numer tego wieczoru "Addicted To Pain", który rozruszał publikę. Od razu było widać dla kogo tutaj przyszli. Kolejne piosenki też mi były znane bardziej ze słuchu niż z tytułów, no niestety, już nie uczę się zawartości każdej z płyt, bo za dużo tego. W utworze numer sześć "Burn It Down" obowiązki wokalisty przejął Mark Tremonti - no i sorry, ale początek to był fałsz, że głowa mała, chyba nie wszedł w tonację jak należy, później już jakoś poszło, ale słyszałem to nie tylko ja, bo takimi uwagami dzieli się inni opuszczający halę po koncercie. W połowie koncertu jako ósmy wybrzmiał jak dla mnie największy przebój zespołu "Open Your Eyes" - bardzo ładnie to wyszło - to jedyny refren jako tako znałem. Pierwszych dziewięć numerów było takie jak na każdym koncercie trasy. Później, żeby pewnie się nie nudzić jako pozycję numer dziesięć zagrali u nas "Down To My Last", po której przyszedł czas na akustyczny wstęp do kolejnego wielkiego przeboju "Watch Over You". I po kolejnych trzech piosenkach - wśród których była kolejna znajoma "Rise Today", zakończyli podstawowy część setu. Oczywiście bis musiał być i rozpoczął go najdłuższy utwór całego koncertu "Blackbird" trwający chyba z 10 minut i całość zakończyło "Isolation" z trzeciej płyty.
No to teraz mozna zadać pytanie jak się bawiłem? Przekornie powiem, że się nie bawiłem. Dla mnie to był koncert do słuchania i delektowania się muzyką, a nie zabawy. Bądźmy też obiektyni - uważam, że trudno się bawić przy takiej muzyce, bo sporo piosenek, które wybrzmiały tego wieczoru, to dramatyczne ballady, natomiast te szybsze, miały zaś pokręcone rytmy. Amerykański rock jest zupełnie inny od europejskiego, mam wrażenie że ten "nasz" jest prostszy i bardziej pozytywny. Po wyjściu zastanawiałem się jakie rockowe zespoły z Ameryki nie są smutasami - wszystko co wywodzi się z grungu czy post-grungu, dalej ma depresyjno dojmujący charakter. I miałem z tym problem - bo przychodziły mi do głowy tylko te około punkowe typu Offspirng czy Dropkick Murphys. Ponieważ nie byłem na płycie, nie wiem jak publice szła znajomość tekstów, bo dla mnie melodie wyśpiewywane przez Myles'a do najprostszych nie należą. Podobało mi się to, że Myles również grał niemal przez cały koncert na gitarze i wywijał solówki wcale nie gorsze od Marka.
No to na koniec - spinamy klamrą całą opowieść, Alter Bridge wraca w czerwcu do Polski do klubu Studio w Krakowie. Myślę, że ten jedne raz warto ich zobaczyć na scenie jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji.









