Nie przegap najnowszych videoklipów!
Kolejny koncert z cyklu: tego artysty jeszcze nie widziałem na żywo, jest blisko, relatywnie tanio, to należy skorzystać bo taka sytuacja może się więcej nie powtórzyć. Nie każdy amerykański wykonawca, mimo ponad 35 lat obecności na muzycznej scenie, ma tyle szczęścia, aby być szeroko rozpoznawalnym i wypełniać duże sale koncertowe. Dlatego też John Corabi wyruszając w solową trasę koncertową występuje w mniejszych klubach takich jak krakowski Zaścianek. Dzień przed koncertem John obchodził 67 urodziny, a trzy dni wcześniej ukazał się jego solowy album zatytułowany "New Day". To wokalista i gitarzysta, który był członkiem zespołów Motley Crue, Union i The Scream, a obecnie jest frontmanem The Dead Daises. Na scenie zaś towarzyszyli mu muzycy grający z lub w Whitesnake, Tesla, Winger, zespołach Alice Coopera, Gene Simmonsa czy Ace Frehleya z Kiss. I ci doświadczeni muzycy od pierwszych dźwięków pokazali, że możemy się spodziewać zawodowego koncertu. Rozpoczęli od utworów "New Day" oraz "That Memory" z nowej płyty Johna. Następnie dla wszystkich motocyklistów wybrzmiał "I'm Gonna Ride" z repertuaru The Dead Daisies, a na wydłużonej wersji "One More Shot" John przedstawił kapelę. Później dwa utwory z projektu Union, który istniał pod koniec XX wieku. Po części elektrycznej przyszła pora na część akustyczną. John Corabi wyłącznie na pudle zagrał kolejną nową piosenkę "Good To Be Back Here Again" oraz cover The Monkeys, który okazał się być lekkim niewypałem. Otóż z zapowiedzi i wspólnego śpiewania refrenu nic nie wyszło, publika nie znała ani utworu, ani tym bardziej refrenu czym rozczarowaliśmy gwiazdę wieczoru. Zdecydowanie lepiej było później kiedy znów usłyszeliśmy cover The Dead Daisies "Love That'll Never Be" zadedykowany byłym żonom oraz kolejne dwa nowe kawałki: "When I Was Young" (wszyscy emerytowani muzycy chyba muszą mieć w repertuarze piosenkę o młodości, która już nie wróci) oraz "1969" znany z teledysku, w którym pojawiają się postaci, cytaty i wydarzenia z tego niezwykłego roku. Ostatnie trzy piosenki to też można powiedzieć covery: "Hooligan's Holiday" w zmienionej aranżacji z repertuaru Motley Crue, "Midnight Moses" The Sensational Alex Harvey Band, podczas którego wciągał nas do zabawy oraz jak się okazało wyczekiwany przez sporą grupę fanów "Man In The Moon" jego pierwszego zespołu, z którym wydał płytę na początku lat 90-tych czyli The Scream. I tak po nieco ponad 80 minutach zakończył się ten hard rockowy z dużą domieszką southernu występ. Jak ktoś nie za bardzo kojarzy taki styl, to można powiedzieć, że to taka lżejsza wersja Black Label Society zespołu Zykk'a Wylde'a. Czyli dużo melodii, czasem jakiś groove i czujemy się jak na jakiejś autostradzie na południu Stanów. Bardzo solidny występ, myślę że to tego rodzaju granie, które chwyta nawet nie znając do końca repertuaru danego wykonawcy. Niestety nie można tego powiedzieć o supportach, które rozpoczęły całe wydarzenie. Na początek zespół Sick Saints pochodzący z Krakowa. Jak wiadomo ja nie przepadam za współczesną polską muzyką, bo w zdecydowanej większości uważam, że jest wtórna, mało interesująca, nie śledzę trendów, nie wciąga mnie to tak jak w czasach szkoły średniej i studiów. Z nazwą Sick Saints spotkałem się, ale nie miałem pojęcia, że panowie próbują swoich sił nie tylko w Polsce (grając jako suport Kochanka, Huntera czy Materii) ale i za granicą. Od niedawna mają nowego wokalistę, zaczęli również śpiewać po polsku, czy stanie się to dla nich jakimś przełomem? Nie wiem. Osoby, które przyszły na koncert nie przyszły tu dla nich i choć panowie bardzo się starali średnio im wyszło rozruszanie publiki. Poprawny koncert, taka mieszanka hard i momentami stoner rocka, w internecie można coś przeczytać o glam, ale ja tego tutaj kompletnie nie zauważyłem - no chyba, że mamy na myśli kufajkę lidera - gitarzysty Mike'a Młynarczyka. Zagrali tylko pół godziny, ale taka jest zazwyczaj rola pierwszego supportu. Kolejnym był szwajcarski zespół The Great Alone. W życiu o nich nie słyszałem, chciałem mieć niespodziankę więc nie zapoznałem się wcześniej z muzyką. Na szybko przed występem przeczytałem czego można się było spodziewać. Z zapowiedzi wydawało się, że może być ciekawie. Kapela ma na koncie na razie jedną płytę z 2024 roku, a na wokalu jest pani o imieniu Murielle. No ale niestety, męczyłem się strasznie. To było takie alternatywne granie, w którym mieszał się rock, pop, trochę elektroniki, były i mocniejsze riffy, ale to wszystko kompletnie się nie kleiło. Taka sztuka dla sztuki, ani do skakania, ani do kiwania, miałem wrażenie, że wokalistka śpiewa cos innego niż grają gitarzyści, melodii i przebojowości w tym za grosz nie było. Muzyka ma mnie bawić, a tu niestety przez trzy kwadranse leciała muzyka ze sceny z której nie zapamiętałem kompletnie nic i nie potrafiłem nagrać choćby fragmentu czegoś interesującego. No trudno, w mój gust to nie trafia. Czy warto więc było się wybrać? Koncert zaliczony i odhaczony, ale drugiego razu już nie będzie.
Sick Saints
The Great Alone
kontakt@wojownicyiklasycy.pl
Website made in WebWave