Z cyklu: "chociaż raz w życiu"
Mam takie "powiedzenie", że bycie sentymentalnym to oznaka mentalnego starzenia się. Dlatego staram się nie wracać do tego co było bo to już za mną i nie mam na to żadnego wpływu. A co z muzyką odnośnie tego stwierdzenia? Nie jestem osobą, która jak większość 30+ słucha tylko artystów na których się wychowała, bo chłonę mnóstwo nowych dźwięków, a mój gust jest zupełnie inny niż 30-40 lat temu. Nie było mi jednak dane widzieć na żywo wielu zespołów, bo nie było wtedy tylu koncertów czy festiwali. Dlatego postanowiłem w tym roku wyszukiwać takie wydarzenia, które pozwoliłyby mi nadrobić zaległości sprzed lat. Dlatego ucieszyłem się kiedy zobaczyłem ogłoszenie, że aż na trzy koncerty do Polski przyjeżdża zespół, który poznałem w latach 80-tych i postanowiłem wybrać się na RED BOX do Krakowa do klubu Hype Park.
Bilet moim zdaniem kosztował dość sporo jak na występ jednego zespołu bo prawie 180 zł, ale że na scenie było 7 osób no to jest jakieś "usprawiedliwienie". Publiczność zupełnie inna niż zazwyczaj spotykam, ale mniej więcej w moim wieku więc tutaj też czułem się swojsko.
Red Box nie ma bogatej dyskografii - zaledwie cztery albumy, z których znam tylko pierwsze dwa. Koncert zaczął się kilka minut po 20-tej od czterech utworów z ostatnich dwóch płyt, kompletnie mi obcych, które jednocześnie pokazały, że zespół dalej hołduje brzmieniom i melodiom z początków istnienia. Po nich trzy piosenki z debiutu - chyba ich największy przebój "For America" w lekko zmienionej aranżacji, Billy's Line (zupełnie zapomniałem o nim, a tak kiedyś lubiłem) oraz "Saskatchewan". Założyciel i jedyny oryginalny muzyk w zespole Simon Toulson-Clarke niektóre z utworów zapowiadał opowiadając historie, które im towarzyszyły. A propos piosenek z debiutu wspomniał, że kiedy przyniósł materiał na pierwszą płytę do wytwórni - ta nie była szczęśliwa z tego powodu, bo nie był utrzymany w jednakowym klimacie. Były tam piosenki popowe, rockowe, folkowe - na całe szczęście udało się przekonać firmę płytową Sire do ich wydania. Pierwsze single „Chenko” i "Saskatchewan" nie były wielkimi hitami, ale kolejny "Lean on Me (Ah-Li-Ayo)" zrobił z nich gwiazdy. I przed jego zagraniem była kolejna dykteryjka. Piosenka stała się niespodziewanym przebojem, zaskoczyła na tyle, że zaproszono ich do programu telewizyjnego "Top Of The Pops" emitowanego w BBC One, a to uczyniło ich gwiazdami pierwszej wielkości. Po występie w telewizji mieli zakontraktowany koncert w Brighton, gdzie jako gwiazdy mieli zagwarantowaną taksówkę aby zdążyć. Jednak kierowca wysadził ich dużo wcześniej i w dziwacznych kolorowych strojach z lat 80-tych musieli przejść mało przyjazną uliczką do klubu. Pechowo obok jakiejś knajpy gdzie biesiadowali skinheadzi. Obawiali się najgorszego kiedy ruszył na nich najbardziej wytatuowany łysol - ale ku ich zaskoczeniu rozpoznał ich i powiedział, że "Lean On Me" to najwspanialszy utwór jaki ostatnio słyszał. Piosenka wybrzmiała prawie pod koniec podstawowego setu, bo oczywiście ostatnim był "Chenko", które w Polsce odniosło sukces jak nigdzie indziej, zagrane w nieco dłuższej wersji i oczywiście kiedy zespół zszedł ze sceny publiczność dalej śpiewała "Oh, hoh, eh, hoh, hah". Wśród muzyków na scenie była też córka wokalisty - Katie, która jak się okazuje postanowiła iść w ślady taty i właśnie nagrywa płytę i jeden z utworów pojawił się jako drugi w części bisowej. Obiektywnie niedaleko pada jabłko od jabłoni. A bis rozpoczął się od "Heart Of The Sun", po Katie usłyszeliśmy cover "California Dreamin", a już na sam koniec był inny dla mnie wielki przebój "Train" - niestety to była jedyna piosenka z drugiej płyty "Motive". To nie był koncert z cyklu im głośniej i szybciej tym lepiej. Było raczej balladowo, lirycznie, akustycznie i no właśnie... nostalgicznie. Zamykając oczy można było się poczuć, że czas stanął w miejscu i nie mam jeszcze nawet 20 lat. Głos Simona brzmiał identycznie jak wtedy kiedy z zaangażowaniem słuchałem Listy Trójki. A tak gwoli informacji wokalista skończył w tym roku 70 lat (!). No cóż sentymenty...
Jakby ktoś nie wiedział - jednym z muzyków zespołu jest Polak - Michał Kirmuć (kiedyś dziennikarz Tylko/Teraz Rocka, obecnie właściciel studia nagraniowego). Jego znajomość z Simonem zaczęła się od wywiadu, który był robiony do gazety i jak mogliśmy usłyszeć w ramach anegdoty - to najdłuższy wywiad świata trwający już 15 lat. Okazało się, że zespół szukał kogoś do grania na instrumentach perkusyjnych i gitarze i Michał zaoferował swoje usługi i tak już zostało - brał udział m.in w nagraniu ostatniej płyty "Chase The Setting Sun". Koncert trwał prawie dwie godziny, ogólnie bardzo udany choć były jakieś techniczne niedociągnięcia związane ze strojeniem gitary czy wyczerpaniem baterii (chyba) od przetworników. I choć teoretycznie każdy miał mikrofon i mógł śpiewać to mam też wrażenie, że część chórków leciała z taśmy. No cóż takie czasy. I choć na 19 zagranych piosenek znałem tylko 8 - to warto było jednak wziąć udział w tym wspominkowym wieczorze, bo są piosenki które choć raz chce się usłyszeć i przeżyć na żywo - dla mnie to było "Chenko".
#koncerty #koncertywpolsce #koncerty2026 #muzykanażywo #koncert #concert #poprock #folkrock #redbox

