Nie przegap najnowszych videoklipów!

13 stycznia 2026

S.D.I. w Chorzowie - relacja

Legenda niemieckiego speed metalu

 

Sezon koncertowy tak jak w 2024 roku rozpoczynam w chorzowskiej Leśniczówce, wtedy też było zimno i sporo śniegu, też grały trzy polskie kapele... no ale tym razem była jeszcze czwarta będąca tym magnesem, który mnie tutaj przyciągnął. Chodzi o zespół, który jakimś cudem poznałem pod koniec lat 80-tych, choć wtedy za metalem nie przepadałem. Pomiędzy 1986 a 1989 rokiem wydali trzy płyty i słuch o nich zaginął. Chodzi o pochodzącą z Niemiec speed metalową kapelę S.D.I. Przypomnieli o sobie w 2020 roku wydając album "80s Metal Band", który brzmieniem nawiązywał do czasów sprzed ponad 30 lat. I utworem o takim tytule rozpoczęli swój występ. A później był już powrót do młodzieńczych lat i setlista była oparta głównie na albumach: "Satans Defloration Incorporated", "Sign of the Wicked" i "Mistreated". Jedynym muzykiem z pierwotnego składu jest grający na basie wokalista Reinhard Kruse, któy skończył w ubiegłym roku 62 lata. Przez moment był wśród tłumu podczas supportów, ale myślę, że tylko ja go rozponałem, a to pewnie dlatego że byłem jednym z najstarszych uczestników koncertu, przyznam, że spodziewałem się, że przyjedzie zdecydowanie więcej weteranów. A tymczasem to młodziaki wypełniły ten niewielki klub i bawili się tak jak należy i na ile warunki pozwalały. Nie miałem większych oczekiwań co do S.D.I., przeczucie mnie nie myliło, że raczej to będzie krótki koncert. Po godzinie zakończył się podstawowy set, a na dodatek był jeszcze jeden bis. No ale w końcu to speed metalowa załoga, więc musiało być szybko i konkretnie. Nie jestem zbytnio rozeznany w tytułach, ale zagrali  m.in. I Don't Care, Alcohol, Absolute Banger, Freeride Sign Of The Wicked no i oczywiście wyczekwane i chyba najbardziej kultowe numery: Comin' Again oraz Megamosh.

Może kilka słów o supportach. Chyba się nie pomylę jak napiszę, że żadnego z chłopaków nie było jeszcze w planach jak S.D.I. próbowało zawojować świat (albo chociaż Europę). Na początek Rapidfire z Sanoka, taki trochę black metal (wizualnie) wymieszany z death, później zagrał śląski Hornet, który chyba był najbardziej zbliżony do gwiazdy wieczoru i powiedziałem, że przypominają mi Motorhead po czym po chwili zapodali Iron Fist. Obie kapele to zupełne świeżynki, które swoje pierwsze kawałki wydały dopiero w ubiegłym roku. Jako trzeci na scenie pojawili się panowie Roadhog z Krakowa, z największym dorobkiem (MetalArchives podaje że wydali trzy płyty) i chyba ze swoim kilkuosobowym fanklubem, który przyjechał z flagą i śpiewał (również na scenie) ich numery. Tak jak wspomniałem młodziaki bawili się świetnie przy tych kapelach, które mógłbym nazwać NWoPHM (w nawiązaniu do NWoBHM), no a ja niestety tak średnio. Jak ciekawie zaczynali, to później już niestety mnie przynudzali. Sorki panowie, dla mnie granie szybko czy głośno, to nie wyznacznik dobrego numeru. Można nie znać kawałków i odczuwać przyjemność ze słuchania, ale one zupełnie mnie nie wciagały. W przeciwieństwie do "gwiazdy wieczoru" - tam też nie znałem wszystkiego, ale kompozytorsko to inny świat. No i z przykrością stwierdzam, że technicznie również. Mimo, że nie jestem wykształconym muzykiem to słyszę i widzę (chcąc być sprawiedliwym gitarzyście SDI też się czasem omskła ręka na gryfie). Życzę Wam wszystkiego dobrego, ale przyłóżcie się bo Leśniczówka pozostanie największym klubem w jakim możecie zagrać i przypadnie wam rola wiecznych supportów. Z drugiej strony tak samo można by powiedzieć o niemieckim trio, że nie są w stanie wypełnić większego klubu, ale u siebie w 2024 roku dali krótki koncert w Wacken, a naszym chłopakom tak szybko raczej się to nie przytrafi.

Tak więc pierwsze koty za płoty i pora szykować się na kolejne koncerty, bo w pierwszym kwartale jest ich tyle, że nie do ogarnięcia jest to wszystko i z przykrością będę znów rezygnował ze swoich ulubieńców, na rzecz tych, których jeszcze nie widziałem.

 

kontakt@wojownicyiklasycy.pl

Website made in WebWave