Nie przegap najnowszych videoklipów!

10 lipca 2026

The Damned w Krakowie - relacja

Kolejna wizyta w Krakowie i koncert z cyklu: trzeba zobaczyć ten zespół choć raz bo później może być już za późno. Tym razem był to wyjazd na The Damned - Official Event, 9.07.2026, Klub Studio, Kraków. Zespół został założony w 1976 roku, swój pierwszy koncert dał będąc suportem przed Sex Pistols, więc jak się łatwo domyślić jeśli ktoś nie zna, że mamy do czynienia z zespołem o punkowych korzeniach. I w sumie to jedyne podobieństwo do Pistolsów bo losy zespołu były zgoła odmienne. Nie rozpadli się tak szybko, ich muzyka wyewoluowała w kierunku trochę gotyku, trochę new-wave z domieszką popu, wydali kilkanaście płyt studyjnych (choć pewnie te ostatnie tylko dla własnej satysfakcji) i dalej grają i koncertują. I choć przez zespół przewinęło się kilkunastu muzyków, to obecnie trzech z nich pamięta początki zespołu: wokalista Dave Vanian, gitarzysta Capitan Sensible, perkusista Rat Scabies, na początku lat 80-tych dołączył gitarzysta Paul Grey, a najmłodszy stażem jest klawiszowiec Monty Oxy Moron. Nie będę udawał, że znam twórczość na wylot bo tak nie jest. W słynnych czasach kasetowego piractwa miałem ich chyba trzy albumy nagrane pod koniec lat 70-tych, których niezbyt często słuchałem, zaś najsłynniejszym dla mnie ich przebojem będzie "New Rose" przerobione przez Guns N'Roses. Dlatego ten koncert był w sumie prawie wielką niewiadomą - a "prawie" dlatego, że przesłuchałem sobie na setlist.fm kilkanaście piosenek więc byłem troszkę przygotowany. Z początku bałem się o frekwencję bo na polskim supporcie bardzo biednie to wyglądało, ale już przed 20-tą było wypełnione może 2/3 sali. Wszystko zaczęło się z prawie 20 minutowym opóźnieniem od utworu "Street Of Dreams", na scenie 5 muzyków, każdy jakby z innej parafii jeśli chodzi o wygląd, a najbardziej elegancko prezentował się wokalista w czarnym garniturze, białej koszuli i krawatce. Czyli z punkiem to nie miało nic wspólnego. Początek z płyty "Phantasmagoria" z 1985 roku i w tym momencie można już wspomnieć, że każda piosenka zagrana tego wieczoru miała 40 i więcej lat. Następnie przeskok do trzeciego albumu 1979 roku i "Love Song" (nie ma nic wspólnego z The Cure) - czyli kolejny hit na początek. W zespole swoim strojem zdecydowanie wyróżniał się Capitan Sensible i to on zajmował się głównie zabawianiem publiczności, podziękował za zaproszenie do Krakowa, bo grali tutaj po raz pierwszy. Wokalista zaś zazwyczaj zapowiadał kolejne utwory i wszędzie było go pełno, więc oczywiście zrzucił w końcu marynarkę, ale w rękawiczkach wytrwał do końca trzymając taki charakterystyczny starodawny mikrofon. To był ten rodzaj koncertu, że choć nie znasz piosenek, to czując energię płynącą ze sceny wciągasz się w klimat i głowa kiwa się jednostajnie przez cały czas. No dobra były momenty, ale już nie pamiętam na jakim numerze, że zrobiło się trochę sztywno, bo ani nie było melodii ani niczego co by porwało ludzi do pogo - bo i takie też kilkanaście osób próbowało rozkręcić. Tak było podczas kończących podstawowych set "Ignite" i "Neat Neat Neat" (utwór otwierający debiutancki album z 1977 roku) i po równej godzinie i 13 piosenkach zespół zszedł na moment ze sceny. Bis składał się z czterech kawałków - na początek balladowe "Curtain Call", po nim krótkie solo na perkusji, z którego wyłoniło się "New Rose". Następnie jeden z trzech coverów zagranych tego wieczoru "White Rabbit" Jefferson Airplane, wcześniej były "Making Time" oraz "Eloise" - wszystkie trzy pochodzące z lat 60-tych! A na sam koniec wielki przebój "Smash It Up" z energią jaką niejedna młoda kapela mogłaby pozazdrościć tym siedemdziesięciolatkom.
 
Na koniec kilka słów o supporcie - którym był rzeszowsko-krakowski Goofy Ginz. Wiadomo, że za polską muzyką nie przepadam i panowie nie dali mi powodu aby zmienić zdanie. Pierwsze dwa numery śpiewane po angielsku przywiodły mi na myśl Bad Brains (pewnie też za sprawą gitarzysty) - była to mieszanka hardcore'a, psychodelii, przez moment bujało jakieś ska, wokalista śpiewał, krzyczał - no coś się działo ale zapamiętywalne to nie było. Trzeci numer był zaśpiewany po polsku i już chyba w nim pojawiły się elementy (pseudo) rapu w stylu Luxtorpedy wykonywane przez obsługującego klawisze i laptopa muzyka - a że ja rapowania nie znoszę to tylko skrzywiłem się pod nosem. Później znów było słabo bo jeśli nie potrafię stwierdzić, czy główny wokalista śpiewa po polsku czy angielsku - to albo nagłośnienie do bani, albo przed nim sporo pracy. Zagrali około 30 minut i na koniec był fajny numer ze ścianą gitar w finale - i to mi się spodobało. Nie wiem czy jest w naszym kraju zapotrzebowanie na takie granie, ale jak panowie dobrze się w tym czują - niech walczą, a nuż coś zaskoczy.
 
#koncerty2026 #koncertywpolsce #koncert #koncerty #muzykanażywo #klubstudio #punkrock #thedamned #livemusic #concerts #gig
 
Goofy Ginz

 

kontakt@wojownicyiklasycy.pl

Website made in WebWave